gołe baby i kebaby to 3 moje ulubione rzeczy
Blog > Komentarze do wpisu
Widziałem największe umysły mojego pokolenia...

...znudzone w fotelach i mające ochotę wyłączyć film już po 5 minutach. Nic nowego, c'nie? Powszedni chleb, przyprawiony odrobiną "po co," "za co" i "dlaczego." Myślicie: pijana Ilona Felicjańska, ja mogę tylko kiwnąć głową, ale jednocześnie powiedzieć: no, nie do końca. Bo jeśli słyszymy, że Rysiek z Klanu idzie do burdelu, lekko otwierają nam się oczy. Kiedy słyszymy, że będzie strzelanina, to już musimy to obejrzeć (mam nawet już catch phrase: "Serwus, jestem Cyrwus."). Zastanawiam się wciąż...przecież film o wierszu musi być słaby, nie ma możliwości żeby miało to ręce i nogi. Jednak, bardzo cieszyłem się, że go obejrzę.

Kanye West nakręcił godzinny film oparty na swoim wierszu.

Pierwszy raz usłyszałem Howl (od zawsze znany w Polsce jako Skowyt, tu sprytnie przetłumaczony jako Ryk, nie wiem po co) na zajęciach z literatury amerykańskiej. Sam Allen Ginsberg przemawiał do mnie z magnetofonu. I chociaż wyłapywałem fragmenty o narkotykach i gwałcie przez motocyklistów - czyli dobre 80 procent - to nie miałem do końca pojęcia z czym obcuję. Mimo, że osobiście wolę Kaddish, muszę przyznać, że Howl robi wrażenie. Jednak, pomijając już fakt, że chciano zrobić film o wierszu, widzieliście jakiś dobry film fabularny o bitnikach? Dla mnie jedynie Last Time I Commited Suicide, chociaż i tam posunęli się za daleko.

Posunęli się za daleko, powiedziałem, że posunęli się za daleko człowieku!

Zakładam, że film miał traktować o procesie powstania wiersza, jak i o procesie, którego potem był przedmiotem. Stany Zjednoczone lat 60 nie były przygotowane na taką ilość słów i tematów, powszechnie uznawanych za gorszące. Obecna Polska nadal nie jest gotowa. Ale jeszcze będzie czas.

Cannabis, whisky, ranigast.

Allen Ginsberg miał bardzo ciekawe życie. Wszyscy gadają o Kerouacu, ale bądźmy poważni, Kerouac poza problemem alkoholowym, kilkoma latami spędzonymi "w drodze" (które NIGDZIE go nie zaprowadziły, o tym jest ta książka, że nie ma odpowiedzi, a nie o tym, że trzeba podróżować, indie/vintage/dandyscy pseudointelektualiści!) i okazyjnymi romansami, które też mu średnio wychodziły, chciał po prostu żyć i się zestarzeć. A, że świat mu nie pozwolił, to już inna sprawa. Ginsberg to wiecznie głodny przypadkowego seksu, "wizji" i nowych doświadczeń pan, wyglądający jak sąsiad, przed którym ostrzegała Cię mama.

"Chodź skarbie, mam dla ciebie tomik wierszy Whitmana...i cukierki!"

Nie można było zrobić filmu o jego dorastaniu jako artysty? O tym jak podróżował po świecie? Jak został Królem Maja (tak to się nazywa?) w Pradze? Jak odkrył medytację? O ludziach, z którymi obcował? Zamiast tego mamy godzinę, dwadzieścia trzy minuty gadania, kiepskich animacji i ani jednego ciekawego momentu. Pomijając już jak słabo i "ciotowato" pokazani są Jack Kerouac, Neal Cassady czy Peter Orlovsky, który na pewno nie był taką miękką pałą jak w filmie, to gdzie jest William Burroughs? Prawdopodobnie największy literacki mentor Ginsberga? I czemu czuję się tak dobrze oglądając mieszkanie pełne ćpunów albo nie przeszkadza mi jak dwóch mężczyzn się całuje? Nie chodzi mi o to żeby taki obraz mi przeszkadzał szczególnie, ale jednak zwykle gdy to zauważę cofam wzrok, zaraz wracam i znów cofam, czując się jakbym oglądał coś zabronionego. Tu jest czysto, ładnie, komfortowo. Może to przez niski budżet, a może np.

NIE?

Jakbym chciał obejrzeć dokument, włączyłbym sobie po raz 479817217981 The Source. Co ciekawe, tam nie ma w ogóle narracji. Jest Johnny Depp. Jest John Turturro. Jest Dennis Hopper. Robi wrażenie? Do tego obraz i dźwięk, zdjęcia i materiały archiwalne, na których oparto cały film.  Jestem rozczarowany bardziej niż ta pani z piosenki. Mimo, że wiedziałem iż będzie słabo, miałem nadzieję, że okażą trochę serca.

 

 

środa, 03 listopada 2010, pieluch666

Polecane wpisy